Jan Chmura jest profesorem nauk o kulturze fizycznej, specjalizującym się w fizjologii. Bieganie na długich dystansach rozpoczął dość późno, bo w wieku 63 lat, a już 4 lata później zdobył Koronę Maratonów Ziemi. Spotykam się z Panem Profesorem na Akademii Wychowania Fizycznego we Wrocławiu w Katedrze Biologicznych i Motorycznych Podstaw Sportu. Zapraszam do rozmowy w Profesorem na ten temat

Profesor Jan Chmura

PR: Panie Profesorze, zaczął pan biegać długie dystanse późno, jest to ciekawe chociażby z tego powodu, że jest Pan od lat związany z Akademią Wychowania Fizycznego … Nie ciągnęło Pana wcześniej do maratonu? 🙂

JCH: Całe życie jestem bardzo aktywny fizycznie, biegałem już od dłuższego czasu, ale absolutnie rekreacyjnie, najczęściej raz w tygodniu w weekend. Poważniejsze bieganie, rozpocząłem wiosną 2012 roku od półmaratonu Ślężańskiego.

PR: A skąd pomysł na bieganie?

JCH: Były dwa powody. Pierwszy: Pracuję na unikatowym wydziale w skali Polski – Wydziale Nauk o Sporcie, gdzie studenci oczekują od wykładowców nowej wiedzy dotyczącej technologii i metod treningowych stosowanych u zawodników w różnym wieku. Należę do osób poszukujących skutecznych rozwiązań we współczesnym treningu, dlatego między innymi na sobie realizuję projekt badawczy, który dotyczy reakcji mojego organizmu na wysiłek maratoński w różnych warunkach klimatycznych w Polsce i na Świecie. Jako naukowiec wiem, że brak jest badań z tego zakresu we współczesnej literaturze z pewnością unikatowe obserwacje zainteresują moich studentów. Drugi powód: Jestem osobą bardzo aktywną w pracy i chodziło o to żeby się odstresować i zresetować. Nadarzyła się ku temu szczególna okazja, bo w tym czasie kończyłem pełnić funkcję dziekana. Jak wspomniałem przygoda z bieganiem zaczęła się od Półmaratonu Ślężańskiego. Chciałem tam złamać 2 godziny i udało mi się to zrobić z naddatkiem, bo o ile dobrze pamiętam to czas, jaki osiągnąłem to było 1:48:50.

PR: Czyli prawe 5,07min/km! To dobry wynik debiutanta na tym dystansie.

JCH: Tak, dobry wynik biorąc pod uwagę mój wiek oraz to, że nie jest to płaska trasa. Dziennikarze często pytają mnie, czy podczas startu, podobnie jak spora część biegaczy – obserwuję przyrodę, architekturę budynków, krajobraz. Otóż nie, ja gdy startuję całkowicie koncentruję się na biegu i  wyniku sportowym. Patrząc przez pryzmat tego konkretnego półmaratonu, także byłem skoncentrowany na osiągnięciu jak najlepszego wyniku. Niestety, mówiąc kolokwialnie, „zajechałem” wtedy mój organizm. W końcówce biegu nie miałem już sił i nie byłem w stanie przyspieszać. Na metę przybiegłem kompletnie wyczerpany. Wtedy powiedziałem sobie, wszystko tylko nie start w półmaratonie, tym bardziej w maratonie 🙂 Jednak okazało się, że to była tylko przygrywka do tego, co się później stało. Ze względu na uzyskany wynik zacząłem zastanawiać się czy nie należałoby spróbować swoich sił w maratonie. Pół roku później po raz pierwszy w życiu wystartowałem w 30 Hasco-Lek Wrocław Maraton z założeniem złamania 4 godzin. Jakież było moje wielkie rozczarowanie, gdy na tablicy wyników zobaczyłem czas 4:02. Jednak wtedy nie rozróżniałem jeszcze czasów netto od brutto … 🙂

PR: Haha! Czyli jednak udało się załamać 4 godziny w pierwszym maratonie.

JCH: Tak oczywiście – udało się! I wtedy także zauważyłem, że atmosfera biegu, kolorowa rzeka ludzi płynąca ulicami to rzeczywiście jest coś imponującego i niepowtarzalnego, a takie wrażenia pozostają w pamięci na całe życie. Czas, jaki wtedy osiągnąłem to 3:57,46.

PR: Jak powstał pomysł na zdobycie Korony Maratonów Ziemi? Najpierw była Korona Maratonów Polski? Proszę powiedzieć jak to wyglądało.

JCH: Po ukończeniu maratonu we Wrocławiu, dowiedziałem się, że jest on jednym z pięciu maratonów wchodzących w skład Korony Maratonów Polski. Postanowiłem, więc przebiec pozostałe tj. w Dębnie, Krakowie, Warszawie i Poznaniu i zdobyć Koronę. Po upływie zaledwie dwóch tygodni mogłem jeszcze jesienią 2012 roku wystartować w maratonie w Poznaniu. Bałem się wtedy wystartować w takim krótkim odstępie czasu. Jestem fizjologiem i zajmuję się przygotowaniem motorycznym sportowców do wysiłku startowego. Wiem, co oznacza przebiegnięcie maratonu dla organizmu i jakie wywołuje zmiany, wiem także jak ważna jest przerwa pomiędzy maratonami i regeneracja całego organizmu, zwłaszcza w moim wieku. Dlatego dopiero wiosną kolejnego roku mogłem kontynuować ten projekt. W związku z tym, że trzeba zdobyć Koronę w ciągu dwóch lat, w kwietniu 2013 roku wystartowałem w Dębnie. Pamiętam jak było bardzo zimno, miasto pokryte szronem, a w lesie leżały jeszcze zwały śniegu. Było to dla mnie ogromne wyzwanie, ponieważ jest to wyjątkowa trasa, głęboko zapisana w historii polskich maratonów. Tu ustanowiono wiele rekordów Polski.

Bardzo dobrze wspominam ten bieg, pomimo, że niewłaściwie rozłożyłem siły. Gdy dobiegłem do mety dwie wolontariuszki wzięły mnie pod rękę i odprowadziły na kawałek wolnego skweru. Podczas gdy próbowałem się położyć na ziemię, aby dojść do siebie, złapały mnie bardzo bolesne skurcze mięśniowe, nie mogłem ruszyć się a tym bardziej wstać, ale to już historia … Ten ból, cierpienie szybko minęło gdy dowiedziałem się, że poprawiłem rekord życiowy aż o 13 minut i 34 sekundy. Czas jaki osiągnąłem wynosił 3:44,12.

PR: Gdzie był kolejny start?

JCH: Później był start w Cracovia Maraton, gdzie poszło mi całkiem nieźle, choć przeżyłem głęboki kryzys. W tym czasie nie znałem jeszcze dobrze swojego organizmu – nie w pełni poznałem reakcje komórek mięśniowych na dozowane obciążenia o charakterze wytrzymałościowym, szybkościowym, siłowym. Dzisiaj nie wyobrażam sobie, przygotowywań do tak poważnego startu – jakim jest maraton – bez monitoringu stosowanych obciążeń treningowych, pracy serca i poziomu zmęczenia.  Bieżąca kontrola intensywności wysiłku musi być punktem wyjścia do programowania obciążeń w następnej jednostce treningowej. To pozwala na w pełni efektywna adaptację organizmu do zastosowanych obciążeń treningowych. Jednak w tamtym czasie nie miałem takiego doświadczenia. Pamiętam pierwsze objawy nadchodzących kurczów mięśniowych podczas biegu maratońskiego, które odczuwałem jakby wbijały mi się igły w łydki. Pamiętam również jak szukałem zmiany podłoża, aby uruchomić nowe jednostki motoryczne do tego stopnia, że biegłem środkiem jezdni po naklejonych pasach, bo tam nawierzchnia miała paromilimetrową różnicę 🙂

Jak się okazało był to przede wszystkim problem zastosowania niewłaściwej strategii biegu do poziomu przygotowania motorycznego. Oznaczało to, że intensywność biegu maratońskiego była zbyt duża do możliwości organizmu. Krótko mówiąc poniosło mnie! Człowiek jest z natury ambity, jednak na królewskim dystansie nie da się oszukać żywej komórki. Jeżeli do takiej sytuacji dochodzi to kryzys na trasie biegu murowany, nie unikniesz wtedy spotkania ze „ścianą”. Ja właśnie taką ścianę przeżyłem w Krakowie. Makabryczne wrażanie, dzięki Bogu że dobiegłem do mety. Pomimo bardzo krótkiego okresu na regenerację między startem w Dębnie i Krakowie oraz poważnego kryzysu organizmu, ustanowiłem nowy rekord życiowy, który wynosił 3:42,37. Gdyby tego kryzysu nie było czas prawdopodobnie byłby znacznie lepszy. Później były dwa następne maratony: Warszawa, Poznań.

PR: Znowu krótki odstęp czasu pomiędzy …

JCH: Tak. W Warszawie meta maratonu była na Stadionie Narodowym. Było to niesamowite przeżycie i skojarzenie wielu historycznych wydarzeń sportowych. Wspominam ten maraton bardzo sympatycznie gdyż biegł wtedy ze mną mój najstarszy syn. Przybiegł na metę ponad godzinę po mnie, hahaha! 🙂 Miałem ogromną satysfakcję, jednak syn wtedy nie był odpowiednio przygotowany. Ja natomiast w Warszawie miałem już większe doświadczanie, wiedziałem jak reaguje mój organizm w trakcie wysiłku maratońskiego. W tym biegu walczyłem o minimum do Nowego Jorku, niestety pomimo właściwego rozłożenia sił nie udało mi się – choć byłem bardzo blisko osiągnięcia tego celu. Na pocieszenie pozostał nowy rekord życiowy 3:38,11, który poprawiłem o 4 minuty 26 sekund.

PR: Pozostał Poznań ….

JCH: Dwa tygodnie później odbywał się maraton w Poznaniu. Jako fizjolog wiedziałem, że nie powinno się startować częściej niż 2 razy w roku, przy zachowaniu 6 miesięcznej przerwy. Przynajmniej tak mówią wszystkie znane mi źródła naukowe. Chcąc zdobyć Koronę w ciągu dwóch lat, musiałem wystartować w 14 Poznań Maraton. To był dla mnie ogromny znak zapytania – jak zareaguje mój organizm, który nie zdążył się jeszcze zregenerować po biegu warszawskim. Nie chciałbym zbyt głęboko wchodzić  w teorię tego jak duże zmiany zachodzą w układzie kostno-stawowym, mięśniowym, sercowo-naczyniowym i hormonalnym. Na regenerację organizmu potrzeba dużo czasu, a przecież w moim wieku zdolności regeneracyjne są znacznie mniejsza niż u młodych osób.

PR: Jak się domyślam nie nastawiał się Pan na bicie kolejnego rekordu, a jedynie na pokonanie trasy – biorąc pod uwagę to wszystko, co Pan powiedział …

JCH: Ma Pan rację, chciałem po prostu zaliczyć ten bieg, choć uzyskany czas był niewiele gorszy (niespełna 2 minuty) od czasu osiągniętego w maratonie w Warszawie. Muszę powiedzieć, że na początku biegło się dobrze, ale im bliżej mety tym gorzej … Wtedy odezwała się dusza sportowca hahaha 🙂 i próbowałem przyspieszać, niestety w tym przypadku było to niemożliwe. W końcowej fazie maratonu wystąpiło kilka podbiegów, co dodatkowo wpłynęło na narastające zmęczenie, a w konsekwencji na obniżenie prędkości biegu. Mój organizm był tak zmęczony, że w pewnym momencie zabrakło mi sił. Pamiętam, że po ukończeniu biegu po schodach chodziłem bokiem. Nie byłem w stanie podnieść nogi przy wsiadaniu do samochodu jadąc na wywiad do jednej ze stacji telewizyjnych. Jednak to właśnie wtedy zdobyłem moją pierwszą wymarzoną Koronę Maratonów Polski, której do dzisiaj nie zdążyłem na głowę założyć!!! Trofeum to zdobyłem w październiku 2013 roku.

PR: Czy to w tym czasie powstał pomysł na kolejny krok: Koronę Maratonów Ziemi?

JCH: Tak, projekt ten obejmował 7 startów na 7 kontynentach, zacząłem go od Europy. Już w następnym roku, wiosną 2014 roku wystartowałem w TUI Mrathon Hannover. W bezpośrednim przygotowaniu startowym trenowałem przez 10 dni w górach w RPA. Na starcie byłem w dobrej dyspozycji psychofizycznej, czułem dużą moc. W Niemczech uzyskałem świetny wynik – 3:22,57 i drugie miejsce w swojej kategorii wiekowej! Była to dla mnie miła niespodzianka. Pierwszy start zagraniczny i od razu znakomita „życiówka”, lepsza od ostatniego rekordu, aż o ponad 15 minut. W odniesieniu do pierwszego startu we Wrocławiu poprawiłem czas prawie o 35 minut – W praktyce oznacza to, że biegnąc z prędkością 5 min/km przez 35 minut dodatkowo przebiegłbym dystans 7 kilometrów. Postęp niezrozumiały dla elit naukowych, zwłaszcza biorąc po uwagę mój wiek (wtedy prawie 65 lat) i staż treningowy (zaledwie 2 lata). Dane te pokazują jak duże są możliwości adaptacyjne organizmu przy systematycznym monitorowaniu subtelnie dobranych obciążeń treningowych do wieku seniora i jego poziomu wytrenowania! W świetle powyższych danych nasuwa się zasadnicze pytanie. Jakie są granice ludzkich możliwości u 65-letniego seniora?

Podczas biegu zastosowałem perfekcyjną strategię, pomimo kilku małych kryzysów na trasie nie spotkałem się ze „ścianą”. Miałem już wówczas większą wiedzę i doświadczenie, wiedziałem jak przygotować się do maratonu i rozłożyć siły podczas biegu. Istotny wpływ na końcowy wynik miały również warunki pogodowe; optymalna temperatura i wilgotność powietrza, niewielkie zachmurzenie, czyste i świeże powietrze po nocnej burzy… Wynik, który uzyskałem w Hanowerze jest do dzisiaj moim najlepszym wynikiem sportowym. Niesamowicie zmotywował mnie do dalszej pracy. Dodam, że w czasie walki na trasie maratonu w Hanowerze, w Watykanie odbywała się Kanonizacja Jana Pawła II.

PR: A dlaczego Hanower? Biegacze mają różne strategię w dobieraniu miejsca swoich biegów – zwiedzanie, przyroda, wakacje …

JCH: Był to jeden z większych maratonów odbywających się wiosną w Europie, najbliżej mojego miejsca zamieszkania. Ponadto mieszka tu od wielu lat mój serdeczny przyjaciel Edward Kowalczuk, znakomity trener przygotowania motorycznego piłkarzy nożnych Hannover 96, była więc też okazja do spotkania. Muszę w tym miejscu zaznaczyć, że we wcześniejszych moich wywiadach mówiłem, że mając za sobą trzy starty w Europie: Hanower, Berlin i Londyn pierwotnie wybrałem maraton w Berlinie (wrzesień 2015), jednak z uwagi na świetny wynik jaki osiągnąłem w Hanowerze (kwiecień 2014), to ten maraton ostatecznie uznałem za ważniejszy. Dokonana zmiana z jednej strony wydłużyła walkę o Koronę Maratonów Ziemi ale z drugiej eksponuje rekordowy wynik sportowy.

PR: Jaki był kolejny krok w realizacji projektu Korona Maratonów Ziemi?

JCH: Później była Ameryka Północna i New York City Marathon gdzie startowałem z moim przyjacielem Ryszardem Żmijewskim ze Strzegomia. Przybyliśmy na Staten Island cztery godziny przed startem, była wtedy jeszcze ciemna noc. Wiał tak mocny wiatr od strony Oceanu Atlantyckiego, że jest to trudne do opisania. Temperatura około pięciu stopni Celsjusza, jednak odczuwalna poniżej zera. Widziałem, że ludzie próbowali różnych metod przetrwania do momentu startu. Spali w śpiworach, na karimatach, inni ubrani w zimowe ubrania, czapki, rekawiczki itp. Mieliśmy, co prawda dodatkową odzież, ale to wszystko było za mało, strasznie zmarzliśmy. Wtedy wpadliśmy na pomysł żeby w dwójkę wejść do jednego toy-toy’a, w którym siedzieliśmy prawie 3 godziny. Tak bardzo zmarzłem, że patrząc przez lufcik toy-toy’a na jaskrawo świecącą latarnię odnosiłem wrażenie, że już świeci słońce, a przecież było jeszcze ciemno haha 🙂

Miałem poważne problemy z rozgrzaniem organizmu przed startem. Zaczęliśmy biec, na pierwszym moście Verrazano-Narrows wiało tak mocno, w porywach do 75-80 km/h, że podczas biegu w fazie lotu, wiatr przesuwał mnie w bok. Wiało niewiarygodnie. Aby uniknąć niepotrzebnego nieszczęścia wbiegłem do środka grupy. Podczas biegu w mieście temperatura była już wyższa i powoli wracało wszystko do normy. Dopiero po przebiegnięciu około 5-7 km poczułem właściwą temperaturę ciała i rytm biegu. Pamiętam też piętrowy most Queens Borough, gdzie podczas biegu nad nami jeździły samochody, a my wdychaliśmy opadające spaliny …

Metę w Parku Narodowym na Manhattanie przekroczyłem na drewnianych nogach, mięśnie były tak bardzo „zmasakrowane” i zmęczone, że ich w ogóle nie czułem. Jednocześnie nieprawdopodobna euforia, radość i satysfakcja, zająłem 11 miejsce w mojej kategorii wiekowej i pokonałem prawie 44 tysiące zawodników! Z tego maratonu pamiętam również znakomitą organizację biegu, wspaniałą atmosferę stworzoną przez kibiców i dopingującą w czasie wysiłku muzykę wykonywaną przez wiele zespołów muzycznych. Maraton w Nowym Jorku to dla mnie nowe obserwacje naukowe i nowe doświadczenie, to pierwszy start w ramach Największych Maratonów na Świecie (World Marathon Majors) tzw. majorów.

PR: Później nastąpiła całkowita zmiana klimatu, otoczenia. Kolejny Pana maraton to bieg w Jerozolimie, co ciekawe biegliśmy razem w tym maratonie, nie znając się jeszcze wtedy 🙂

JCH: Pierwotnie planowałem start w Tokio, niestety zawiódł organizator i w ostatniej chwili załatwiłem pakiet startowy na Jerusalem Marathon, który odbywał się w podobnym terminie. Z tej zmiany byłem bardzo zadowolony. Był to dla mnie osobiście maraton wielce mistyczny, bardzo głęboko przeżyłem go w sferze duchowej. Trasa prowadziła po ścieżkach, którymi przed dwoma tysiącami lat chodził Jezus Chrystus. Fakt, że trasa prowadzi obok tak historycznych miejsc jak Grób Dawida, Grób Jezusa Chrystusa, przebiega obok Góry Oliwnej, Wieczernika, Golgoty … Czułem wtedy, że Ziemia Święta sama mnie niesie. Proszę mi wierzyć, że po przybiegnięciu na metę, mogłem biec następny maraton, tak dobrze czułem się po tym biegu. Ten stan dyspozycji potwierdziły wyniki badań kardiologicznych i metabolicznych.

PR: A trasa jest przecież wymagająca, sam podbieg pod Uniwersytet Hebrajski … jest bardzo trudny …

JCH: Pomimo bardzo trudnej i wymagającej trasy po wzgórzach jerozolimskich nie odczuwałem większego zmęczenia. Jestem przekonany, że siła ducha ciągła mnie do przodu i pozwoliła na szybkie neutralizowanie narastającego zmęczenia w czasie maratonu. Podobało mi się także to, że w punktach odżywczych podawane były małe 250 ml butelki z wodą, zamiast tradycyjnych kubków, co pozwoliło mi na lepsze nawadnianie się na trasie biegu. Maraton na Ziemi Świętej pozostawił wiele wzruszających przeżyć, tym bardziej, że zająłem na tej mistycznej ziemi drugie miejsce w swojej kategorii wiekowej.

PR: Później nadszedł czas na Afrykę i Johannesburg. Jak tam było?

JCH: Soweto Marathon to „Piekło na Ziemi”! To I akt dramatu pt. Korona Maratonów Ziemi. Nigdy nie przypuszczałem, że znajdę się w kotle takiego gorąca, że będę uczestniczył w tak ekstremalnym doświadczeniu naukowym. Nigdy dotychczas w takich warunkach nie startowałem. Start odbył się o godzinie szóstej rano. Na początku świetnie się biegło, temperatura w granicach dwudziestu stopni Celsjusza, jednak błyskawicznie rosła aż do poziomu 35 stopni Celsjusza. W tej temperaturze bardzo trudno wysiedzieć na plaży, nie mówiąc o bieganiu. Należy zapomnieć o wyniku i starać się po prostu dobiec to mety. Tylko ja wtedy tego jeszcze nie rozumiałem 🙂 Nie rozumiałem, co to oznacza dla mojego organizmu. Żar, który lał się wtedy z nieba rozgrzewał asfalt do temperatury 60 stopni Celsjusza.

Żar z góry,  żar z dołu, a ja w środku tego ognistego kotła. Jednak to nie wszystko 🙂 Biegłem na wysokości od 1400 do 1750 m n.p.m. Nie można było normalnie oddychać, w powietrzu brakowało tlenu. W okolicach półmetka był kilkukilometrowy podbieg, z dużym przewyższeniem. Tam zobaczyłem obraz, którego nigdy nie zapomnę. Będąc mniej więcej na środku podbiegu, spojrzałem przed siebie i zobaczyłem tylko pojedyncze osoby, które biegły … wszyscy szli, patrząc za siebie zobaczyłem to samo, do tego karetki pogotowia, które zabierają z trasy biegaczy, którzy zasłabli. Co ciekawe zabierają głównie czarnoskórych zawodników, którzy wydawałoby się, że są zaadaptowani do tak wysokich temperatur! To ilustruje skalę trudności tego biegu.

PR: A jak Pan radzi sobie z kryzysami na trasie, szczególnie tak długiego biegu, jakim jest maraton?

JCH: Na półmetku nie miałem już siły, a przecież musiałem pokonać jeszcze ponad 20 kilometrów. Na trasie biegu rozegrał się prawdziwy dramat, przeżyłem niebezpieczny dla życia kryzys. Bardzo wysoka temperatura otoczenia doprowadziła do głębokiego odwodnienia organizmu, pomimo systematycznego picia wody oraz do niezwykle groźnej hipotermii (przegrzania) organizmu, pomimo polewania ciała wodą. Na to nałożyło się jeszcze niedotlenienie, co dodatkowo upośledziło wytwarzanie energii przez procesy tlenowe. Równoczesne odwodnienie, przegrzanie i niedotlenienie organizmu doprowadziło do dramatycznego załamania funkcji fizjologicznych i bardzo głębokiego zmęczenia. W świetle tak głębokiego i wielopłaszczyznowego kryzysu, nie miałem prawa ukończyć tego maratonu. Tylko dzięki nadprzyrodzonej sile ducha i sile woli przekroczyłem linię mety. Na mecie ze szczęścia płakałem. Szczerze muszę wyznać, że podczas każdego biegu maratońskiego towarzyszy mi modlitwa różańcowa, która wyzwala we mnie nowe pokłady energii, przełamuje wszelkie kryzysy i barierę zmęczenia oraz doprowadza do szczęśliwego ukończenia tych wyzwań.

Wracając do Soweto Marathon, odczuwałem coraz silniej wbijające się igły w moje łydki, tak jak to było podczas maratonu w Krakowie – jednak wielokrotnie spotęgowane. To powodowało, że musiałem zwolnić tempo biegu, a mimo to kurcze mięśniowe były tak dotkliwe i bolesne, że doprowadziły do całkowitego zatrzymania się. Próbowałem rozluźnić mięśnie, wykonać pierwsze kroki, następnie bardzo powoli iść, aby przejść do marszu lub lekkiego biegu. Ostatnie 7 kilometrów to heroiczna walka z powtarzającym się cyklem: kurcze mięśniowe, zatrzymanie, rozluźnianie mięśni, próba postawienia pierwszego kroku, marsz lub lekki bieg, kurcze … Nigdy dotychczas czegoś takiego nie doświadczyłem. Potwierdzeniem tej ekstremalnej dramaturgii był końcowy wynik sportowy 4:25,10 – najgorszy w całym projekcie badawczym, ale również i wyniki badań jakie wykonałem w jednej z klinik w Johanesburgu, kwalifikowały mnie do natychmiastowej hospitalizacji. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. O skali trudności maratonu świadczy czas zwycięscy Etiopczyka Sintayehu Legeze Yinesu-2:23,20

PR: Przed spotkaniem z Panem myślałem, że jako najtrudniejszy pod względem temperatury wskaże Pan maraton w Rio de Janeiro …

JCH: Rio to był następny maraton, który ma również swoją niepowtarzalną historię. Przepiękna trasa, która biegnie wzdłuż Oceanu Atlantyckiego, bryza od strony oceanu oraz duża wilgotność. Na początku czułem się wspaniale, jednak wzrastająca wilgotność powietrza powodowała coraz większe spustoszenie w moim organizmie, podobnie jak w przypadku narastającej temperatury otoczenia. Wilgotność dochodziła do 90% przy równocześnie wzrastającej temperaturze do 25 stopni Celsjusza. Duża wilgotność nie pozwalała na odparowanie potu i odprowadzenie ciepła metabolicznego z organizmu do środowiska zewnętrznego, co w efekcie doprowadziło do hipertermii (przegrzania) organizmu. Podczas tego maratonu także miałem kryzys. Na 3 kilometry przed metą na wysokości plaży Copacabana zatrzymałem się z powodu bardzo głębokiego zmęczenia i wyczerpania. Wtedy spojrzałem na monumentalną figurę Jezusa Chrystusa wzniesioną na szczycie granitowej góry Corcovado i usłyszałem wewnętrzny głos: „Jasiu, Ty musisz to ukończyć” :). Te otwarte ramiona naszego Zbawiciela wyzwoliły tyle dodatkowej energii, że pomogła ona na szczęśliwe ukończenie maratonu. Na mecie z powodu nagłych kurczy mięśniowych nie potrafiłem ustać na własnych nogach. Dopiero po kilku minutach doszedłem do siebie. Mimo to, miło wspominam start w Rio de Janeiro ze względu na zajęcie trzeciego miejsca w mojej kategorii wiekowej. Jako ciekawostkę mogę podać, że w Rio de Janeiro uzyskałem identyczny czas jak w maratonie w Jerozolimie – 3:42,24.

PR: Czy istnieje literatura fachowa, która opisywałaby reakcje organizmu seniorów podczas takich wyzwań?

JCH: Na tle dotychczasowych obserwacji dzisiaj mogę z głęboką pokorą naukową stwierdzić jak wiele jeszcze nie wiem o reakcjach fizjologicznych w wieku seniora na wysiłek maratoński. Wiele z tych reakcji jest unikatowych, rzadko spotykanych i trudno wytłumaczalnych, głównie z powodu wieku, jaki reprezentuję. Są to reakcje dotychczas nieopisane w literaturze naukowej, jednocześnie wzbogacające moją wiedzę i dające mi dodatkową motywację do poszukiwania nowych rezerw w organizmie na tym poziomie wiekowym. Wydaje mi się, że są one nadal ogromne, ale dzisiaj jeszcze nie potrafimy wydobywać tego potencjału. Problem leży w narzędziach badawczych, metodologii obciążeń treningowych, indywidualizacji wspomagania organizmu. Dotyczy to zarówno młodych jak i starszych zawodników. To doświadczenie, które zdobywam postaram się opracować i przekazać do publicznej wiadomości.

PR: Chciałbym już zobaczyć tę publikację, szczególnie, że doszliśmy do opowieści o kolejnym ekstremum –Antarktyda! Jak Pan tam dotarł?

JCH: Antarctica Marathon to II akt dramatu pod tytułem „Korona Maratonów Ziemi”. Trasę 17,5 tysiąca kilometrów ze Strzegomia na Antarktydę pokonałem drogą lotniczą i morską. Samolotem z Wrocławia przez Frankfurt, Buenos Aires do Ushuai (Argentyna) – najdalej na południe wysunięte lotnisko pasażerskie na Ziemi. W porcie Ushuaia czekały na nas 2 statki Akademik Ioffe i Akademik Vavilov, które zabrały na pokład 200 osób z całego świata, z sześciu kontynentów, po 100 osób na każdym. Po wypłynięciu na pełny ocean spotkaliśmy się z potężnymi falami, słynnymi „ryczącymi czterdziestkami”. Coś nie-pra-wdo-po-do-bne-go! Nie spodziewałem się, że w miejscu, w którym łączą się dwa oceany: Atlantycki i Spokojny występują tak silne sztormy. Zastanawiałem się, kiedy nasz statek nie wróci do pozycji wyjściowej, tak go straszliwie bujało. Powiem tylko, że spałem w koi ustawionej w poprzek, a kolega wzdłuż kierunku płynięcia statku – czułem się jak w mocno bujanej kołysce 🙂 Na szczęście mój organizm szybko się zaadaptował do kołysania statku w przeciwieństwie do większości osób. Nie miałem większych dolegliwości żołądkowych, choć na początku odruchy wymiotne pojawiały się. Podczas posiłków niejednokrotnie naczynia przesuwały się po umocowanych stołach i lądowały na podłodze hahaha ….

PR: Jak długo trwała podróż z Ameryki Południowej na Antarktydę?

JCH: Na miejsce, gdzie po raz pierwszy w życiu postawiłem stopę na Antarktydzie płynęliśmy prawie trzy dni, a do miejsca startu maratonu kolejne dzień. Z portu Ushuaia do najdalej wysuniętego punktu na południu Antarktydy (za Kołem Podbiegunowym) w kierunku Bieguna Południowego przepłynęliśmy według Kapitana statku prawie 1500 km.

PR: Jakie były pierwsze wrażenia z Antarktydy?

JCH: Po dopłynięciu na wybrzeżu Antarktydy temperatura wynosiła od 0 do -2 stopni Celsjusza, krystalicznie czyste powietrze. Teren górzysty, głównie poryty lodowcem i śniegiem, teren absolutnie pusty, dziewiczy. Nie ma miast, wiosek, brak jest jakiejkolwiek infrastruktury, tylko w niektórych rejonach żyją pingwiny, foki… W miejscu, w którym odbywał się maraton znajdowały się tylko stacje polarne z różnych krajów. Przepisy uniemożliwiają wejście na ląd Antarktydy więcej niż 100 osób równocześnie, dlatego maraton rozgrywał się w dwóch turach: w sobotę i w niedzielę. W sobotę była całkiem przyjazna dla biegaczy pogoda, bez większych niespodzianek, natomiast moja tura odbyła się dzień później. To, w jakim tempie i w jaki sposób zmieniła się pogoda przeszło najśmielsze oczekiwania. Ale po kolei …

PR: Jak ułożył się drugi dzień?

JCH: Ze statku zakotwiczonego około 2 kilometrów od wybrzeża Antarktydy na miejsce startu przepłynęliśmy pontonem. Zaczynaliśmy, gdy padał deszcz ze śniegiem, później gęsty śnieg. Po około półtorej godziny biegu przez padający śnieg zaczęły przedzierać się promienie słoneczne. Kilkucentymetrowe płatki śniegu na tle promieni słonecznych przybierały bajeczne, jaskrawoniebieskie barwy. Potem pojawiło się na krótko ostre słońce, a później zaczął wiać coraz mocniejszy wiatr. W końcu zerwała się straszliwa burza śnieżna, która trwała aż do zakończenia maratonu. Prędkość wiatru dochodziła w porywach nawet do 100-120 km/h, momentami biegłem w miejscu, a padający śnieg odbierałem jak wbijające się w twarz igły. Szalejąca wichura spowodowała gwałtowne obniżenie temperatury otoczenia. Trudno mi powiedzieć nawet jaka była temperatura odczuwalna, ile wynosiła poniżej zera. Było tak zimno, że płyn izotoniczny stopniowo zamarzał w butelkach, a jego picie doprowadzało do skurczu mięśni przełyku, co w konsekwencji spowodowało głębokie odwodnienie. Biegliśmy więc po zmarzlinie, lodzie, śniegu, po wodzie i błocie, w różnych temperaturach.

Do 33-35 kilometra biegło mi się fantastycznie, nie czułem narastającego zmęczenia. Pomimo trudnych warunków atmosferycznych cały czas biegłem w czołowej grupie. Nawet Dyrektor biegu pytał skąd jest ten siwy staruszek 🙂 Krystalicznie czyste powietrze pozwoliło na efektywniejsze wytwarzanie energii, co przełożyło się na generowanie większej mocy. Jednak nagłe załamanie pogody, nasilająca się wichura, coraz większa śnieżyca i spadająca temperatura doprowadziła do szybko narastającego zmęczenia i groźnej dla życia hipotermii (wychłodzenia) organizmu, a w konsekwencji do głębokiego kryzysu. Zaczął się dla mnie prawdziwy dramat. Na ostatnich 8-7 kilometrach było mi już bardzo zimno. Próba przyspieszenia tempa biegu i wyzwolenia odrobiny więcej ciepła zakończyła się niepowodzeniem z powodu głębokiego zmęczenia. Na ostatnich 5-6 kilometrach pojawiło się silne drżenie mięśni, czułem skostniałe palce nóg i rąk… trząsłem się coraz bardziej z zimna… Nie pomogły podwójne skarpety, rękawiczki i zimowa czapka, trzywarstwowa odzież sportowa, kurtka wiatroszczelna i buty z goretexu.  Obniżanie się temperatury ciała potęgował piekielnie silny wiatr i wilgotna, przepocona odzież sportowa. Aby nie dopuścić do jeszcze większego wychłodzenia klatki piersiowej, biegłem raz prawym raz lewym bokiem. Żarliwie modliłem się do Pana Boga, aby dał mi szansę na ukończenie tego maratonu. Hipotermia doprowadziła do głębokiego zaburzenia funkcji motorycznych, zwłaszcza koordynacji ruchowej… stąd też pierwszy, drugi i kolejny upadek. Na 1,5 km przed metą upadłem po raz ostatni, byłem w stanie ekstremalnego wyczerpania i wychłodzenia organizmu, traciłem kontakt z rzeczywistością… Do tego złapały mnie kurcze mięśni rąk i nóg, piekący ból nie do opisania. Nie mogłem wykonać żadnego ruchu… nie mogłem wstać o własnych siłach…. Pomyślałem sobie, to już koniec… resztkami sił podniosłem powiekę do góry i widzę rozerwany różaniec. Ten widok spowodował niewytłumaczalny dla mnie napływ sił duchowych i fizycznych.

PR: Ten rozerwany różaniec leżący na Antarktydzie był pański czy zgubił go jakiś wcześniejszy biegacz?

JCH: Mój, na nim modliłem się w czasie biegu, rozerwał się podczas ostatniego upadku … Próbuję się podnieść … wstaję … próbuję wykonać pierwszy krok i czuję, że kurcze mięśniowe puszczają. Stawiam pierwszy i następny, następny krok, a to oznaczało, że mogłem iść. Z tego w miarę normalnego kroku próbuję przejść do marszu, następnie  do lekkiego biegu i w taki sposób ukończyłem ten ekstremalny maraton. Gdyby nie siły nadprzyrodzone nie miałem prawa go ukończyć. Po przekroczeniu mety ukląkłem na kolanach, nie byłem w stanie stać na nogach, ponownie złapały mnie kurcze, nie potrafiłem utrzymać w skostniałych rękach kubka z herbatą, tak mi się trzęsły ręce z przenikliwego zimna.  Nie byłem w stanie dojść do pontonu, dwaj organizatorzy wzięli mnie pod pachy i zanieśli do pontonu. Ale to nie koniec …

W drodze powrotnej na oceanie szalał sztorm, potężne fale zalewały moje skostniałe i sztywne ciało i ponton… Cudem dopłynęliśmy do statku. Do dzisiaj nie wiem jak wyszedłem z pontonu i jak dotarłem na statek. Przez 1,5 godziny stałem pod gorącym prysznicem, żeby „odtajać” i dojść do siebie, co pół godziny gorąca herbata plus tabletka polopiryny z witamina C. A na drugi dzień czułem się tak jakby się nic nie stało! Byłem zdumiony, że po tak dramatycznym biegu następnego dnia żaden mięsień mnie nie ciągnął i nic mnie nie bolało, normalnie funkcjonowałem. Nieprawdopodobna dynamika regeneracji organizmu przy tym kryształowo czystym powietrzu. Ostatecznie w mojej kategorii wiekowej zająłem drugie miejsce w obydwu turach. Bieg w mojej grupie został ostatecznie przerwany ze względu na niebezpieczne dla życia warunki atmosferyczne i nie wszyscy mogli go ukończyć.

PR: Wygląda na to, że zbliżamy się do końca zdobywania Korony, został najmniejszy kontynent Australia, a tam brał Pan udział w maratonie w Sydney.

JCH: Tak, Sydney Marathon był ostatnim w projekcie Korona Maratonów Ziemi. Start obok Harbor Bridge, piękny widok, a meta został zlokalizowana obok znanej wszystkim Opery w Sydney. Trasa bardzo urokliwa prowadząca przez park i wybrzeże portowe – mile wspominam ten maraton.

W związku z tym, że nad Australią-Sydney występuje dziura ozonowa musiałem ją uwzględnić w ustalaniu strategii biegu. Rano, gdy startowaliśmy, było znaczne zachmurzenie nieba. Postanowiłem to wykorzystać. Stad na początku maratonu biegłem szybciej niż planowałem, na niektórych kilometrach nawet poniżej 5 minut na kilometr. W rzeczywistości zachmurzenie utrzymywało się do końca biegu i niebezpieczeństwo dziury ozonowej minęło. Niestety zastosowana strategia w końcowej fazie biegu – na 3 kilometry przed metą – przyczyniła się do spadku jego tempaJ Cały czas prowadziłem w swojej kategorii jednak przez to zwolnienie tempa, ostatecznie zająłem 3 miejsce.

I oto tak zakończyła się największa naukowa przygoda w moim życiu pt. „Korona Maratonów Ziemi”, a dzień 16 września 2016 roku zapisał się głęboko w mojej pamięci. Mam również nadzieję, że to sportowe osiągnięcie przyczyniło się do rozsławienia naszej Uczelni.

PR: Gdyby miał Pan możliwość powtórzenia, któregoś z tych siedmiu maratonów, na który by się Pan zdecydował?

JCH: Absolutnie Antarktyda, proszę sobie wyobrazić, jak po raz pierwszy w życiu człowiek stawia stopę na tak egzotycznym kontynencie, a obok lodowiec z przed tysięcy lat, przepiękne góry lodowe, unikatowa przyroda, kolonie pingwinów i stada fok… Do tego krystaliczne, czyste powietrze i bardzo surowy klimat. Wrażenia niesamowite, coś niepowtarzalnego! Zdecydowanie byłaby to Antarktyda, pomimo całej dramaturgii, jaką przeżyłem na tym kontynencie.

PR:  Jakie plany na przyszłość?

JCH: Zdobycie kolejnej korony, tym razem Największych Maratonów Świata, która obejmuje 6 maratonów. Mam już ukończony maraton w Nowy Jorku, Londynie i Berlinie. Te maratony absolutnie odbiegają pod względem organizacji i atmosfery od tych, w których zdobywałem Koronę Maratonów Ziemi. Na przykład liczba startujących jest wielokrotnie wyższa, w Nowym Jorku wynosi ponad 50 tysięcy osób, co przekłada się na niezapomniana atmosferę biegu.

PR: Czyli jest Pan na półmetku zdobywania tak zwanych „majorów”.

JCH: Tak, to prawda. Trzy następne maratony tj. w Tokio, Bostonie i Chicago chciałbym ukończyć w 2017 roku.  Aktualnie załatwiam wyjazd do Tokio, choć mam ogromne kłopoty z otrzymaniem pakietu startowego

PR: Jak by Pan dzisiaj mógł podsumować swoją wielką przygodę z bieganiem?

JCH: Mam nadzieję, że na merytoryczne podsumowanie przyjdzie jeszcze czas. Jestem bardzo szczęśliwy, że po heroicznej walce na siedmiu kontynentach, zwłaszcza w Afryce i na Antarktydzie dane mi było zdobyć to upragnione trofeum, Koronę Maratonów Ziemi. Walka o tę koronę nauczyła mnie jeszcze większej pokory do nauki i życia. Cieszę się, że zdobyłem nową wiedzę, doświadczenie i unikatowe wyniki badań z zakresu fizjologii wysiłku osób w starszym wieku, które biegają maratony w różnych warunkach atmosferycznych. Zadowolony jestem także, że benedyktyńska praca treningowa została przełożona na końcowy wynik sportowy. Jestem w pełni usatysfakcjonowany z nowego rekordu życiowego (3:22,57) oraz tego, że na siedem startów – pięć razy stanąłem na podium. Nie byłoby tego sukcesu gdyby nie Pan Stanisław Jedliński Prezes Firmy Farmaceutycznej Olimp Laboratories Sp. z o.o.  z Nagawczyny pod Dębicą, któremu chciałbym serdecznie podziękować za pomoc finansową i logistyczną, w realizacji naszego wspólnego projektu naukowego.

PR: Panie Profesorze bardzo dziękuję za poświęcony czas.

JCH: Dziękuję również.