Spotykam się z Markiem Śliwką w Poznaniu w siedzibie firmy Logos Travel (http://wyprawy.pl/), której jest właścicielem. Marek jest znanym globtroterem, który swoją pasję potrafił skutecznie zamienić w przedsięwzięcie gospodarcze. Od dwóch lat w ramach projektu „Biegaj i Zwiedzaj” oferuje wyjazdy na maratony na wszystkie kontynenty świata połączone ze zwiedzaniem odwiedzanego regionu. W ostatnio wydanym katalogu znajduje się prawie trzydzieści propozycji wyjazdów w tym także do tak mało odwiedzanych krajów jak Korea Północna czy Iran.

Z Markiem Śliwką

Piotr: Dzień dobry Panie Marku, bardzo się cieszę, że mogliśmy się spotkać! W Pana przypadku pomysł na bieganie na każdym kontynencie wydaje się dość naturalną koleją rzeczy …

Marek: Dzień dobry 🙂 Pomysł na przebiegnięcie Korony Maratonów Ziemi powstał jednak dość przypadkowo – mianowicie uruchomiliśmy nowy kierunek / program wyjazdowy „Syberia zimą”. Zwykle jest tak, że wszystkie programy, które oferujemy klientom najpierw sprawdzam osobiście. Postanowiłem zobaczyć na miejscu jak to wszystko wygląda w praktyce. Przy okazji skojarzyłem, że w tym samym czasie organizowany jest maraton na zamarzniętym jeziorze Bajkał. Decyzja była szybka. Przy okazji pobiegnę w maratonie, ale jakoś specjalnie nie wierzyłem, że uda mi się dokonać tego wyczynu zimą, pośród wichrów, zamieci i siarczystych mrozów w samym sercu Syberii.

P: Jednak w Polsce mamy wyższe temperatury od tych panujących na Syberii…

M: Tak, trzeba się więc do tego starannie przygotować. Chociaż znacznie gorzej mają osoby przyjeżdżające z Afryki, południa Europy, gorzej znoszą zimno. Dlatego prawie ich tam nie widać.

P: Pewnie większość stanowią Rosjanie…

M: Rosjanie, Chińczycy, Niemcy, Japończycy…

P: Sama kwalifikacja do zawodów nie jest oczywista, nie można się po prostu zapisać, trzeba udowodnić, że się potrafi.

M: Tak. Na szczęście miałem już wtedy sporo ukończonych maratonów na koncie. Wynik w najlepszym z nich 3:12 też pewnie miał jakieś znaczenie. Do kwalifikacji liczy się także ilość innych biegów i wyniki w nich uzyskane. Wszystkie swoje osiągnięcia należy opisać. Rozpocząłem treningi i po zaspach i lodzie. W ramach hartowania organizmu sporo mroźnych nocy przespałem na tarasie … Nagrodą za niewygodę była obserwacja zdziwionych min sąsiadów, którzy z najwyższym trudem ukrywali swoje zaskoczenie sytuacją … No ale chyba dzięki temu organizm zaaklimatyzował się do warunków pogodowo- terenowych na dalekim Sybirze … Udało się – królewski dystans maratonu na Bajkale ukończyć z niezłą pozycją na liście wyników 🙂 Sam bieg trudny, a we fragmentach wręcz morderczy – wymaga bardzo dobrego przygotowania i hartu ducha. Biegnie się bowiem po zamarzniętej tafli jeziora, śliskiej tak, że bez specjalnych kolców nie można utrzymać równowagi, na której miejscami tworzą się zatory ze spiętrzającej się kry. Nie pomaga też wiatr – który przychodzi znienacka z wielką siłą i natychmiast mocno obniża i tak już niską temperaturę. Tak było i na tym biegu: zaczynaliśmy przy minus 23 stopniach ale mimo tego, biegacz podczas tak dużego obciążenia wysiłkiem zaczyna się pocić. Na 10 kilometrze była więc możliwość oddania rzeczy do depozytu. Część z uczestników w tym ja – dość pochopnie z tego skorzystała. Na własną, jak się później okazało zgubę. Bo niedługo potem, przyszedł ów złowieszczy wiatr i poczuliśmy oddech prawdziwej Syberii. Para wydychana przez nos natychmiast zamarzała na twarzy. Powstało coś na kształt lodowej niekształtnej guzowatej maski, która zasłaniała oczy pozostawiając tylko dwie niewielkie szczeliny, przez które niewiele było widać … Powiało lekką grozą. Organizm chyba w końcu zaczął odbierać te warunki jako swoiste zagrożenie życia. Poczułem nagle przypływ ogromnej dawki adrenaliny. Z minuty na minutę przestałem czuć zimno, odczuwać jakikolwiek ból w nogach.

P: Na którym to było kilometrze?

M: Prawie na środku jeziora czyli na dwudziestym kilometrze. Jedyna myśl jaka mi się wtedy kołatała w głowie, to pytanie za jakie grzechy ta okrutna pokuta … 🙂 Ale na Bajkale nie ma jak zejść z trasy … Pozostał więc tylko biegowy mozół na lodowej pustyni. Druga połowa była więc już walką z przeciwnościami trasy i własną słabością. I udało się! Jakoś tak po 4 i godzinach z lekkim okładem czasowym udało się przekroczyć linię mety. Na mecie nie wręcza się medali, z powodu zimna. Pod koniec biegu – miałem wrażenie, że wszyscy w tym i ja marzyli już tylko o ciepłym pokoju … Wykrzesałem jeszcze tyle siły aby prawie pędem wbiec na 1 piętro. Rzuciłem się na łóżko, złapałem za kaloryfer i … to był błąd. Odpuściła adrenalina – zacząłem dygotać. Poczułem zimno aż po najgłębsze zakamarki mego umęczonego ciała. Leżałem tak bez czucia i pamięci bez mała 3 godziny po czym ktoś nagle zarządził – jest impreza czas wracać do świata żywych. Co było robić. Poszedłem więc na rozdanie medali, jak na skazanie bez przekonania i bez ochoty. Ale tam trwała już pełna gala w iście bizantyjskim stylu. Uginające się pod ciężarem jedzenia i picia stoły, spirtnyje napitki i muzyka. Drugi raz tego dnia poczułem, że wstępuje nowa energia i nowy duch. Ale także dziwna, nie dająca się zdefiniować – niezwykła euforia z ukończenia czegoś, co wydawało się niemożliwe w realizacji dla zwykłego amatora. Amatora, z którego dość nieudolnych przygotowań podśmiewali się wcześniej znajomi i sąsiedzi … więc był to moment przełomowy, w którym uwierzyłem, że marzenia się spełniają. Zaświtała myśl o następnym maratońskim wyzwaniu w ekstremalnym stylu.

P: Czy to wtedy, po przebiegnięciu Bajkału, powstał pomysł na Koronę?

M: To przedsięwzięcie dało mi trochę więcej pewności siebie. Pomyślałem też, że to jest dobry pomysł na biegową odsłonę zwiedzanie świata. Zbiegło się to z informacją, że władze Etiopii organizują po raz pierwszy w historii maraton w Parku Narodowym Wygasłych Wulkanów. Zadzwoniłem do kolegi-biegacza Przemka Walewskiego. Polecieliśmy razem do Etiopii. Bieg arcytrudny. Trasa wyznaczona sporadycznie zwisającymi z rozłożystych akacji, co kilkaset metrów, ledwie dostrzegalnymi tasiemkami. Podłożem biegowym było przeważnie rumowisko skalne lub zastygła poszarpana wulkaniczna lawa. Kilka razy zgubiłem szlak i musiałem nadrabiać – zresztą jak prawie wszyscy. Trasa prowadzi po wulkanach. Podbieg na najwyższy z nich – górujący nad okolicą, ponad dwutysięczny stożek to wyzwanie nawet dla najlepszych. Zaczyna się w miejscu gdzie zwykle podczas maratonu pojawia się tak zwana umownie „ściana” – na 32 kilometrze. Tam  właśnie  oprócz  tej  umownej była jeszcze ściana jak najbardziej realna,  wysoka na 900 prawie metrów, nazwana później przez biegaczy „ścianą płaczu” … Trzeba było na nią na oparach glikogenu wbiec.  Później zaś – zbiec, słaniając się już przeważnie na nogach po zdradliwej lawie … Jeszcze później uważać by nie nadepnąć na leżące tu i ówdzie zeschnięte gałęzie akacji pełne równie zdradliwych kolców. Nie zawsze się to udaje. Mnie przytrafiło się nadepnąć coś takiego i … ostatni kilometr pobiegłem kulejąc na jednej nodze. O skali trudności trasy świadczy fakt, że najlepsi biegacze Etiopscy, którzy otrzymali zaproszenie, gdy zobaczyli co ich czeka – zastrajkowali …. Aczkolwiek nie do końca skutecznie, bo część z nich, biegająca na co dzień w klubach policyjnych lub wojskowych dostała po prostu rozkaz nr 1 i po kłopocie …

P: A czy ten maraton będzie powtarzany?

M: Tak, była już kolejna edycja. Dla mnie ten bieg jest również wyjątkowy ze względu na mieszkańców tamtych okolic. To ludzie prości ale bardzo życzliwi spontaniczni i serdeczni. Tacy jakich chciałoby się spotykać w wędrówkach po świecie. Kibicowali wszystkim. Niezwykle życzliwi, naturalni. Ten doping pomaga i uskrzydla. Ale właśnie do tego maratonu trzeba być wyjątkowo dobrze przygotowanym. Ta trasa uczy pokory. Zarówno ja jak i Przemek – odrobiliśmy lekcje tam na miejscu. Ale też na długo przed wyjazdem. Zrobiliśmy solidną biegową robotę przygotowawczą. Może właśnie dzięki temu on sam znalazł się w pierwszej dziesiątce biegaczy na miejscu 9. Mnie przypadło miejsce 11 w klasyfikacji open. Jeżeli wziąć poprawkę, że przyszło nam zmagać się głównie z Etiopczykami (uchodzącymi za najlepszych biegaczy świata) to z pewną dozą nieśmiałości można stwierdzić, że był to występ dość umiarkowanie – ale  jednak – udany  …. 🙂

A przy okazji znowu utwierdziłem się w przekonaniu, że połączenie biegania z podróżowaniem jest niezwykłe. Można zwiedzić obszary zarezerwowane, w tym przypadku, tylko dla biegaczy. Pomyślałem – idźmy tym tropem – i rozpocząłem poszukiwanie możliwości startu na Antarktydzie…

P: Spotkała Pana 3 letnia lista oczekujących?                                      

M: Tak, opadły mi ręce, gdy to zobaczyłem … ale zbieg okoliczności sprawił, że zupełnie przypadkiem natknąłem się w internecie na informacje, że zwolniły się 2 miejsca. Za miesiąc wyjazd. Odruchowo potwierdziłem swój akces. Poczułem się jak bym wygrał co najmniej los na loterii. Mimo, że to najdroższy pakiet biegowy na świecie. Średnio to wydatek około 10 000 USD plus przeloty. Ale to był milowy krok w drodze do zdobycia Korony Maratonów Świata. Nie wiedziałem jednak wtedy jeszcze że maraton na Antarktydzie to w rzeczy samej loteria sama w sobie. Głównie za przyczyną niezwykle kapryśnej pogody. Wyjątkowo trudno trafić na okno pogodowe trwające dostatecznie długo, aby można było wylądować na prowizorycznym lądowisku lub tez wystartować w drogę powrotną

P: Przy okazji Antarktydy udało się zdobyć również Amerykę Południową?

M: Tak, taki był zamiar. Dołączyłem do grupy, która brała udział w bardzo ciekawym przedsięwzięciu organizowanym co roku: World Marathon Challenge – 7 maratonów na 7 kontynentach w 7 dni. Totalnie zwariowany pomysł. Co ciekawe, do dzisiaj nie udało się tego zrobić, bo na przeszkodzie stoi Antarktyda i jej dostępność ze względu na warunki pogodowe. W tej edycji rozpoczęto w Australii, na każdym kontynencie grupa melduje się na czas…

P: To wydaje się bardzo trudne logistycznie…

M: Tak, ale możliwe do wykonania, nawet z Antarktydą – gdyby nie fakt, że na Antarktydę nie zawsze można się dostać ze względu na pogodę. I dlatego czasami udaje się ten wyczyn zrobić w 10 dni, czasami w 12 lub 18. My mieliśmy najpierw polecieć na Antarktydę, a po sześciu czy siedmiu dniach, po powrocie do Ameryki Południowej, pobiec maraton w Patagonii. Jednak wszystko się skomplikowało. Podczas lotu na Antarktydę pojawia się nagle lakoniczny komunikat pilota o tym, że zawracamy z powodu bardzo trudnych warunków i braku możliwości lądowania. Euforyczny nastrój uczestników natychmiast opadł, zamiast radosnego poruszenia nastąpiło zatrwożenie, że z pogodą nie ma żartów. Następnego dnia ponowiono próbę także bezskutecznie. Jeszcze kilka następnych dni – kolejne nieudane próby – pobudki w środku nocy, wyjazd w trybie alarmu i koczowanie na lotnisku … Między innymi na tym polega trudność maratonu na Antarktydzie – niepewność. Podczas przygotowań do każdego innego maratonu można trafić z przygotowaniem formy, nastawieniem psychicznym czy odpoczynkiem przed zawodami. W przypadku maratonu na Biały Kontynent już po pierwszej nieudanej próbie wylądowania ludzi dopadł nagły stres, wszystko się wali, bo mamy pierwszą zarwaną noc, drugą zarwaną noc. Czeka się na lotnisku 11 godzin, bo miał być komunikat, a go nie ma, duch walki opada, a to jest najgorsze. Chociaż jeszcze gorszym rozwiązaniem jest uwięzienie w śniegach Antarktydy i jeszcze bardziej beznadziejne czekanie na powrót.

W związku z załamaniem się pogody organizatorzy zarządzili żeby najpierw pobiec maraton w Patagonii. Powziąłem wtedy mocne postanowienie, aby oszczędzać siły, pobiec zachowawczo, by po prostu być w jak najlepszej formie na Antarktydzie. Jednak jak to zwykle bywa w bieganiu, po starcie adrenalina zaczyna buzować w żyłach i trudno do końca realizować rozsądny plan. Zamiast tego zadziałały emocje i podświadoma potrzeba rywalizacji. I to mimo tego, że z każdą godziną biegu zwiększał się wiatr, a pod koniec był tak mocny, że większość ludzi już nie biegła, a starała się po prostu poruszać do przodu. To właśnie w tym rejonie wieją słynne „ryczące czterdziestki”. Na rynku w Punta Arenas są zamontowane specjalne łańcuchy, które pomagają utrzymać równowagę podczas silnych podmuchów wiatru. Tak więc zamiast zostawić choć trochę energii na zapas – wszystkie siły włożone zostały w zmagania się z dystansem, wiatrem i konkurentami na terenie Patagonii. Do dzisiaj pamiętam niewyobrażalny ból nóg. Na szczęście lodowate wody oceanu okazały się być najlepszym kojącym balsamem po zakończeniu biegu. Ale zmęczenie było bardzo duże. Chyba się zanadto nie oszczędzałem, bo na tabeli wyników znalazłem się na 4 miejscu w klasyfikacji open. Wtedy też pamiętam pomyślałem, że najgorsze co by mogło się przytrafić, to poprawa pogody i udany lot na Antarktydę … Tak pomyślałem zasypiając po czym nad ranem – jakże by inaczej – niebiosa się otworzyły – nagły alarm, wyjazd i nagły lot. Tym razem jak na złość z udanym lądowaniem 🙂 Pozostało przejść do bazy, rozłożyć obóz, kilka godzin snu po czym równie gwałtowna pobudka o 4 nad ranem i maraton prawdy. Prawdy o możliwościach organizmu, do czego jest zdolny. Tym bardziej, że duch także podupadł, a z nim wiara, że uda się pokonać dystans. Pozostała tylko nadzieja płonna, że jednak w tak niezwykłym miejscu człowiek może z siebie wykrzesać nadzwyczajne moce, że jest tu jakiś magnetyzm ziemski, który zregeneruje organizm nawet w trakcie biegu. I okazało się, że chyba jest coś na rzeczy. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że z każdym przebiegniętym kilometrem nabierałem sił zamiast je tracić. Być może zadziałał też sprawdzony mechanizm – zaczynaj wolno – przyspieszaj od połowy. Jak nigdy bowiem zacząłem właśnie wolno, by od 15 kilometra już tylko przyspieszać i tak aż do końca. Efekt 2 miejsc e w kategorii open! Dwa razy sprawdzałem w tabeli wyników, przecierając oczy. Pamiętam jak wtedy dwie łzy pojawiły się nagle w kącikach oczu i nim zdarzyłem je w porę wytrzeć, upadły na zmrożony śnieg wytapiając w nim dwa mikroskopijne otworki … Jakże ulotny ale jednak ślad mojej tam obecności, ślad po nadziejach, lękach, euforii i w podzięce wobec Opatrzności.

Z perspektywy czasu postrzegam, że było to wzruszenie tożsame z tym jakie przeżywają wszyscy, którym udało się też kiedykolwiek tam dotrzeć. Jest coś niezwykłego w obcowaniu z przyrodą Antarktydy. Cisza, która dla prawie wszystkich jest jak najlepsza muzyka. Ufność niepłochliwych pingwinów, które potrafią łasić się do człowieka jak koty, niewyobrażalny lazur wody i cała gama odcieni bieli, kontrastujących z surową czernią bazaltowych skał. To przyrodniczy raj. Teraz i być może jeszcze na długo lub na wieki …

P: To ciekawe bo podczas moich rozmów z biegaczami, którzy byli na Antarktydzie, wszyscy potwierdzają, że ten kontynent wywarł na nich ogromne wrażenie, opisują przyrodę jako niezwykłą…

M: Jest to zatem potwierdzenie także moich spostrzeżeń. Na Antarktydzie jak prawie nigdzie na świecie widać jeszcze pełną i absolutną harmonię przyrody.

Wracając do Korony Maratonów pomyślałem po powrocie z Antarktydy, że skoro się już tyle udało zrobić, to chyba warto ten projekt doprowadzić do końca. Znajomy – wielki znawca Kanady podpowiedział, że na dalekiej północy Kanady w rejonie, gdzie kończą się już wszystkie drogi, zapomnianym przez Boga i ludzi, organizowany będzie po raz ostatni – Mayo Midnight Maraton. Nie było czasu do stracenia. Polecieliśmy tam małą grupą. Po drodze zwiedzając co się tylko da, a na miejscu trzeba było tylko uważać na niedźwiedzie, które w każdej chwili mogły zajść drogę … Co mogło by mieć tę zaletę, iż zdopingowałoby zapewne każdego biegacza do bicia rekordu szybkości, ale tą wadę, że jeżeli szybkość ta nie przekroczyła- by 40 km na godzinę, to niepotrzebny trud biegacza, bo miś i tak by go dopadł i to biegnąc tylko na 3 łapach …. 🙂

P: Ile zajęło Panu zdobycie korony?

M: Niespełna półtora roku . Ostatni pobiegłem w Australii. Też z przygodami. Przyleciałem bowiem na miejsce wieczorem w ostatniej chwili z obrzękami nóg. Wcześnie rano natomiast był już wyjazd na pustynie w okolice Uluru w Centalnej Australii. Trzeba było znowu zapomnieć o zmęczeniu i spróbować dorównać kroku w pełni wypoczętej reszcie. Ostatecznie udało się zmieścić w pierwszej siódemce wśród mężczyzn. Ale ważniejsze od satysfakcji z pozycji na liście wyników był niesamowity rodzaj przeżyć estetycznych. Magiczny kamień – góra Aborygenów – Uluru. To pojawiał się, to znów znikał, a wschodzące słońce wyczarowywało na jego powierzchni niebywałe efekty świetlne.

Jak się nastawiło ucho, to zamiast ciężkiego dyszenia zawodników – bo bieg sam w sobie bardzo trudny , słychać było raczej powszechny zachwyt na urodą krajobrazu okolic Uluru …

P: A który z maratonów był Pana zdaniem najlepszy?

M: To trudne pytanie. Gdybym miał robić ranking to myślę, że exequo każdy z maratonów był równy z innymi. Z czystym sumieniem polecam każdy z maratonów, który przebiegłem. Każdy jest wart aby w nim wziąć udział i nie żałować tego.

P: To może inaczej, który chciałby Pan jeszcze raz przebiec?

M: Jeśli miałbym taką możliwość to chciałbym powtórzyć Maraton w Etiopii…

P: Sądziłem, że to będzie Antarktyda chociażby ze względu na te magiczne właściwości 🙂

M: Tak, jednak wiąże się to z niesamowitym trudem i chciałbym sobie już tego oszczędzić. Drugi raz wolałbym oszczędzić sobie pustki nastrojów, piasku pod powiekami po zarwanych nocach i zwątpienia, które targało mą rogatą duszą … Ale gdyby nie było tych problemów z dotarciem to pewnie przychylałbym się też do opinii innych Pana rozmówców. Natomiast Etiopia wygrywa, bo nie ma tych logistycznych kłopotów, jest także jednym z nielicznych obszarów, do których nie dotarła jeszcze zmora turystyki masowej. Tam czas płynie…

P: Dziękuję za rozmowę.

M: Ja również dziękuję za przybycie i życzliwą cierpliwość.